- Co ci jest?
- Postawiłaby go panienka w sytuacji przymusowej. Są¬dzę, że ostatecznie książę poświęciłby się dla dobra państwa i wziąłby na siebie ciężar władzy. Wbrew pozorom ma ogromne poczucie obowiązku. Kocha ten kraj i ludzi. Nie¬nawidzi tylko panowania.
- Czy ty teraz też już jesteś mądrym Poszukiwaczem Szczęścia? -spytał Mały Książę patrząc Pijakowi prosto w
Na jej twarzy malowała się determinacja. No tak, uparła się i nie zdradzi mu prawdy. Mark westchnął w duchu i wskazał ręką na łóżko.
powiedziała: - Nie chciałam przeszkadzać, ale zastanawiałam się, czy jest coś nowego w sprawie śledztwa. - Dziś rano rozmawiałam z szeryfem Harperem. - Sayre opowiedziała jej, jak Rudy, detektyw Scott i Beck Merchant przeszukali poprzedniej nocy domek rybacki. - Domyślam się, że nie znaleźli niczego specjalnego, ponieważ szeryf poinformował mnie, iż najpóźniej jutro detektyw Scott powinien zakończyć dochodzenie. - Tak, jak się spodziewałam - rzekła Jessica ze smutkiem. - Czy chciałabyś, abym powiedziała im o twoich zaręczynach z Dannym? - Nie. Wiadomość na pewno dotarłaby do uszu Hoyle'ów. Oskarżyliby mnie o doprowadzenie Danny'ego do śmierci, zupełnie jakbym zmuszała go do małżeństwa i tym sprowokowała do popełnienia samobójstwa. Niestety, Sayre musiała się z nią zgodzić. - Czuję się, jakbym sprawiała ci zawód, Jessico. - I jakby rozczarowała Danny'ego, nie odbierając jego telefonu w zeszłym tygodniu. - Chciałabym zrobić dla ciebie coś więcej. - Twoja dobra wola jest już dla mnie wystarczającą pomocą - odparła Jessica. - Może po prostu powinnam pogodzić się z tym, że Danny nie był aż tak szczęśliwy, jak sądziłam - dodała po krótkiej przerwie. - Że był jakiś nieznany mi powód, dla którego zdecydował się zakończyć życie. Na pewno czymś się bardzo martwił. Podejrzewam, że cokolwiek to było, nie mógł żyć z tą wiedzą. Teraz już nigdy się nie dowiem, co to było. - Tak mi przykro. Serce tej młodej dziewczyny pękło na dwoje, lecz jedyne, co Sayre mogła powiedzieć, to te trzy żałosne słowa. Wydawały się niemal nie na miejscu. Niemniej, obiecała Jessice, że powiadomi ją o najnowszych decyzjach szeryfa. Rozłączyła się dokładnie w chwili, gdy drzwi prowadzące do domu otworzyły się i na ganek wyszedł bosy mężczyzna, odziany jedynie w brudne niebieskie dżinsy. Spojrzał w kierunku samochodu z nieufnością i lekką agresją. - Mogę w czymś pomóc? - zawołał. 11 Sayre zdała sobie sprawę, że mężczyzna nie widzi kierowcy, ponieważ samochód miał przyciemniane szyby. Poczuła wstyd, jakby przyłapano ją na szpiegowaniu, i zapragnęła odjechać. Skoro jednak była już na miejscu, zdecydowała, że doprowadzi sprawę do końca. Opuściła boczną szybę i zawołała: - Witaj, Clark. Rozpoznał ją natychmiast, jego usta wyszeptały jej imię, a potem na twarzy pojawił się uśmiech, który kiedyś topił serca wszystkich podlotków w liceum miejskim w Destiny. Wtedy, gdy jeszcze był gwiazdą drużyny futbolowej, przewodniczącym samorządu szkolnego, ulubieńcem całej klasy i chłopakiem, któremu wszyscy wróżyli ogromny sukces. Clark Daly zbiegł ze schodów, a Sayre wyszła z auta. Spotkali się w połowie popękanej betonowej dróżki wiodącej do domu. Nie przytulili się na przywitanie, lecz on chwycił jej dłoń i ścisnął pomiędzy swoimi. - Nie mogę uwierzyć - powiódł oczami po jej twarzy, sylwetce i znów spojrzał w oczy. - Wyglądasz tak samo, tylko znacznie lepiej. - Dziękuję. On z kolei nie wyglądał tak, jak go zapamiętała. Nie zmienił się również na lepsze. Jego umięśnione ciało, zawsze smukłe i prężne, teraz wychudło tak, że można mu było policzyć
- No to świetnie! - Nim zdążył się zorientować, co się święci, posadziła mu Henry'ego na kolanach.
- Tak! - rzuciła twardo, uniosła dumnie głowę, zdecydowanym krokiem podeszła do drzwi i otworzyła je na oścież.
Mały Książę skłonił się grzecznie i zamierzał odejść. Król jednak nieoczekiwanie odwrócił się i zapytał zaskakująco
- Mark, ja nie...
- Ta pani ma prawo zabrać małego, to jej siostrzeniec.Ale zapłacę ci do końca miesiąca.
miejsca. - Dla większości ludzi inwentaryzacja i katalogowanie to prawdziwe utrapienie, więc zgłosiłam się do tej pracy na ochotnika. Nawet w wieku komputerów nadal kocham zapach starych książek. - Ja też. Uśmiechnęły się do siebie. Jessica usiadła na obitym tkaniną stołeczku. - Masz ochotę na babeczkę i filiżankę kawy? - Nie, dziękuję. - Wszyscy w piekarni mówili dziś o panu Hoyle'u. Czy jego stan jest poważny? - Wszystko wskazuje na to, że się wyliże. Wczoraj zdarzyło się coś, o czym chciałam z tobą porozmawiać. Nie wiem, czy to ważne, ale między innymi z tego powodu opóźniłam swój powrót do domu. - Co się stało? - Szeryf Harper i detektyw Scott przesłuchiwali Chrisa w związku ze śmiercią Danny'ego. - Sayre streściła zaskoczonej Jessice to, o czym opowiedział jej Beck. - To tylko pudełko zapałek. Jak zauważył Beck, obrońca potrafi przedstawić tysiąc i jeden sposobów, w jaki mogło się ono znaleźć w domku rybackim bez udziału Chrisa. To żaden dowód. - Ale wystarczył, żeby policja zaczęła zadawać sobie pytanie, czy owego popołudnia Chris spotkał się z Dannym. - Też się nad tym zastanawiam, Jessico. Słyszałaś ostatnio o jakimś sporze pomiędzy Dannym i Chrisem? - Zawsze żyli w niezgodzie, czyż nie? Ich charaktery i zainteresowania nie mogły się bardziej różnić. Danny wiedział, że Chris jest faworytem waszego ojca, ale nie przeszkadzało mu to zbytnio. Chris jest lustrzanym odbiciem Huffa, Danny nie. Wiedział o tym, akceptował to i chyba nawet podobała mu się ta sytuacja. Nie chciał być taki sam, jak oni. - Czy zabiegał o względy Huffa? - Nie. Myślę, że nie było to dla niego aż tak istotne. Nie zazdrościł Chrisowi, jeżeli do tego zmierzasz. - A czy Chris był zazdrosny o Danny'ego? Jessica roześmiała się, wyraźnie zaskoczona. - Dlaczego miałby być? - Nie wiem. Strzelam na ślepo. - Sayre wstała i podeszła do okna, z którego widać było to samo śliczne podwórko. Wróble już odleciała pszczoły brzęczały pracowicie, unosząc się nad amarantowymi kwiatami róż. Po spękanych płytkach chodnikowych wędrowała tłusta czarna gąsienica. - Nie wiem, czego szukam, Jessico. Pomyślałam, że Danny wspominał o jakiejś kłótni lub konflikcie między nim a Chrisem. - Chris spotyka się z zamężną kobietą. Danny tego nie pochwalał, ale z tego, co mi opowiadał, cudzołóstwo nie było dla jego brata niczym nowym. Pod względem moralnym obaj zawsze byli na przeciwległych biegunach. Coś mi mówi, że... - Jessica zamilkła. Sayre odwróciła się od okna i spojrzała na nią. - Coś ci mówi, że co? - To po prostu przeczucie. Nie mogę mieć pewności. Sayre usiadła na krześle i pochyliła się w kierunku dziewczyny. - Znałaś Danny'ego lepiej niż ktokolwiek inny. Myślę, że dużo lepiej niż jego własna rodzina, a nawet on sam. Ufam twoim przeczuciom. - Ten problem, który dręczył Danny'ego... - Sądzisz, że miał jakiś związek z Chrisem?
- Łaskawie przyjmuję...
- Dziękuję. Czy oczekuje naszej wizyty? - Tak sądzę. Sayre podziękowała pielęgniarce pomimo jej nieuprzejmości i gestem nakazała Beckowi iść za sobą. Przeszli przez przeładowany meblami korytarz i sprawiające podobne wrażenie pokoje. Oszklona weranda znajdowała się na tyłach domu, skąd widać było pole golfowe. Calvin McGraw siedział w tym samym fotelu, co podczas poprzedniej wizyty Sayre. Spoglądał na drzwi. Sayre uśmiechnęła się i wymówiła jego imię. Spojrzał na nią, jakby jej nie poznawał. Poczuła lekką niepewność. - Przyprowadziłam ze sobą Becka Merchanta. Czy to odpowiednia chwila na rozmowę? - Obawiam się, że nie, Sayre. - Z wiklinowego fotela z wysokim oparciem, które całkowicie skrywało siedzącego przed wzrokiem gości, podniósł się Chris. Odwrócił się i spojrzał jej prosto w oczy. - Beck powiedział mi, że się tu wybieracie i dzięki temu przypomniałem sobie, że ostatnio nieco zaniedbałem Calvina. Staram się go odwiedzać raz na jakiś czas. Sprawdzam, jak się czuje. Niestety, ostatnio nie radzi sobie najlepiej. Jego umysł raz działa, raz nie. Sama rozumiesz, tak to już jest, kiedy się ma alzheimera. Podszedł do starego człowieka i czule poklepał go po plecach. McGraw nawet nie mrugnął, po prostu wpatrywał się obojętnie w przestrzeń przed sobą. - Czasami nie pamięta nawet swoich własnych dzieci. Kiedy indziej twierdzi, że ma dziecko z siedemdziesięcioośmioletnią wdową z sąsiedztwa. W zeszłym tygodniu złapali go na taplaniu się nago w jeziorze. Aż dziw, że nie utonął. Następnego dnia obudził się w pełni władz umysłowych. Pokonał swoją pielęgniarkę w szachy, i to pięć razy. - ścisnął ramię starego prawnika, - Pomyśleć tylko, że kiedyś był tak elokwentny w sądzie. Umysł to stalowa pułapka. - Potrząsnął głową ze smutkiem. - Teraz biedny Calvin przez kilka dni z rzędu nie mówi ani słowa, a potem nagle paple jak najęty. Oczywiście, kompletnie bez sensu. Sayre oddychała coraz gwałtowniej i goręcej. Krew uderzyła jej do głowy. Czuła, że za chwilę zemdleje, ale jednocześnie była na granicy wybuchu. Mogła zignorować Chrisa. Po nim spodziewała się zdrady, ale nie po Becku. Jego nielojalność odczuła jak śmiertelną ranę. Zastawił na nią pułapkę i miał jeszcze czelność sprzedawać jej te słodkie gadki o pragnieniu i snach na jawie. Chciała wydrapać mu oczy za to, że zaufała mu choć tę odrobinę, za to, że pozwolił jej myśleć, iż nie jest może tak odrażający, jak mężczyźni, którym służył. - Ty skurwysynu - rzuciła w kierunku Becka. Był to mierny epitet w porównaniu z tym, co myślała o nim w rzeczywistości. Przecisnęła się obok niego, opuściła pozbawiony gustu pseudodom i pobiegła z powrotem do samochodu. Zanim dotarła na parking, zdążyła się zadyszeć, częściowo z upału, lecz głównie z wściekłości i upokorzenia. Gdy włożyła kluczyk do stacyjki, zauważyła, że dłoń krwawi. Zaciskała pięść tak mocno, że ząbki kluczyka przebiły skórę do krwi. 24 Clark Daly wyjechał do pracy dziesięć po dziesiątej. Pół godziny wcześniej, niż musiał, bo przecież fabryka była oddalona ledwie o pięć minut drogi od domu, a jego zmiana zaczynała się dopiero o jedenastej. Ale atmosfera w domu była tak wroga, że wolał czym prędzej znaleźć się w odlewni. Luce roztrząsała sprawę z Sayre. Kiedy za niego wychodziła, wiedziała, że kiedyś chodził z córką Hoyle'a i chociaż miało to miejsce za czasów licealnych, ich związek był bardzo poważny. Miejscowe plotkary dopilnowały, żeby poznała każdy pikantny szczegół tej historii. Poruszyła ten temat, kiedy jeszcze byli z Clarkiem na etapie randek. Nie szczędził jej wtedy szczegółów.
ławników. Pomimo tej pięknej scenki, jaką odegraliśmy z Chrisem na potrzeby Sayre, wszyscy wiemy, że zrobił to i został sowicie wynagrodzony. Cokolwiek stało się z Iversonem, wyszliście z tego obronną ręką. Historia lubi się powtarzać. - Co masz na myśli? - Sonniego Hallsera. - To nie ma nic do rzeczy. - Czyżby, Huff? Dopiero niedawno dowiedziałem się, że tamtej nocy, której zginął Hallser, Chris odwiedził fabrykę. Huff przeklął pod nosem i wrzucił topiący się lód do szklanki. Następnie odwrócił się, żeby nalać sobie drinka. - Miał nikomu o tym nie mówić. Przysiągł mi to. Beck nie chciał wyjaśniać Huffowi, że dowiedział się tego od Sayre, nie od Chrisa. - Co zobaczył twój syn tamtej nocy? - Kłótnię między mną i Sonniem. - I? - I nic - odparł Huff, podnosząc głos. - To wszystko, co zobaczył. Kłótnię dwóch mężczyzn. - Ostrą kłótnię. - Jedyny rodzaj, jaki znam. Obaj wypuściliśmy z siebie trochę pary. Potem wróciłem do domu z Chrisem, a nieco później Sonnie miał śmiertelny wypadek. - Tragiczny zbieg okoliczności. - Owszem. Dlaczego przywołujesz te wspomnienia? - Żeby zilustrować to, o czym mówiłem. - Beck stał i okrążył pokój, stając wreszcie twarzą w twarz z Huffem. - Masz reputację człowieka rozwiązującego problemy w przedsiębiorstwie przy użyciu brutalnej siły, ocierającej się o przemoc. Taka taktyka jest w dzisiejszych czasach przestarzała, niczym stosowanie pijawek w leczeniu pacjentów. Huff upił nieco whisky. - W porządku, może rzeczywiście przekraczałem pewne granice i naginałem zasady, ale nigdy nie zawahałem się, aby zrobić to, co konieczne, dla ochrony mojej rodziny, mnie i mojego przedsiębiorstwa. Żeby wspiąć się na szczyt, trzeba być twardym jak skała. Chris to rozumie, ale nie sądzę, aby Danny albo Sayre kiedykolwiek to pojęli. Przejąłem w schedzie poślednią odlewnię i przekształciłem ją w świetnie prosperujące przedsiębiorstwo - zacisnął pięść. - Sądzisz, że to by się stało, gdybym zachowywał się jak mięczak ulegający kaprysom związków zawodowych i spełniał wszystkie żądania moich pracowników? Diabła tam! Kiedy było trzeba, zakładałem podkute buty i kopałem tyłki. Zamierzam tak postępować do chwili, gdy złożą mnie w ziemi. Nikt nie zdoła zamknąć mojej fabryki! Ani Charles Nielson, ani nawet agencje federalne. A związki zawodowe pojawią się tutaj po moim trupie! - wykrzyczał ostatnie trzy słowa, dźgając przy tym powietrze palcem wskazującym. - Jeśli to możliwe, spróbujmy uniknąć trupów - odparł spokojnie Beck. Huff rozluźnił się i nawet roześmiał. - Też bym tak wolał, zwłaszcza jeśli mowa o mnie. - Usiądź, zanim puszczą ci nerwy. I proszę, nie rób więcej takich rzeczy - dodał Beck, gdy Huff wrócił na swój fotel i jego twarz przestała być purpurowa. - Przynajmniej dopóki nie spróbuję wynegocjować pokojowego rozwiązania tego zamieszania. Paulikowie mogą przemyśleć sprawę procesu, jeśli zaoferujemy im pokaźną kwotę za ugodę. - Jak pokaźną? - Wystarczająco, żeby ich spacyfikować, lecz nie tak dużą, byś musiał się przerzucić na tańszy
podcasty

Ręce kobiety oplotły kark kochanka.

Ale skoro zamierzał pracować, to właściwie prościej było wygodnie ułożyć się z laptopem w wielkim łóżku, w któ¬rym spał Henry, niż jechać do Renouys...
słowa sprawiało mu ogromną trudność.
- A czy tobie nie przyszło do głowy, że ja wcale nie chcę się zmieniać? Jest mi dobrze tak, jak jest.
Matura 2021

Mark powrócił spojrzeniem do Tammy.

- Gdzie jesteśmy? - zapytała Milla słabym głosem.
Juarez się nie liczył.
wyciągała kartę kredytową, nie licząc się z kosztami.
Limity podatkowe 2021: Co się zmienia?

- Byłeś może kiedyś Poszukiwaczem szczęścia?

jest wersja meksykańska?
polegać bez zastrzeżeń.
an43
Jak zgasić rozbiegany silnik